Fundacja
Historia i informacje o Fundacji
Przychodnia
Macierzyństwo i Życie
 
Nauka Kościoła
Dokumenty
Naprotechnologia
Lekarze i instruktorzy

Teksty

Żywe tarcze postchrzecijańskiego świata

24/06/13

Niedawno w czasie debaty sejmowej poświęconej refundacji in vitro na galerii pojawiły się dzieci. Gdy jeden z posłów dość szczegółowo opisywał, jak w praktyce wygląda stosowanie tej metody wspomaganego rozrodu, rozległy się karcące głosy, że parlamentarzysta stygmatyzuje dzieci i może spowodować u nich nieuzasadnione poczucie winy. Poseł Jerzy Rębek (PiS), bo o niego chodzi, powiedział tylko tyle i aż tyle:

Niech to usłyszy najmłodsze pokolenie: żeby siostrzyczka lub braciszek narodzili się z in vitro, kilkoro spośród nich musi umrzeć. To narusza piąte przykazanie, które mówi: Nie zabijaj. Biorę odpowiedzialność za te słowa.

Zapytajmy wprost: Kto popełnił błąd i kto wystawił dzieci na tę trudną próbę? Dorośli nigdy nie powinni używać najmłodszych jako karty przetargowej w żadnym sporze, niezależnie, czy chodzi o kłótnię małżeńską, sąsiedzką, religijną, światopoglądową czy polityczną. Dzieci nie mogą być wykorzystywane jako „żywe tarcze”. Ci, którzy wpadli na pomysł wprowadzenia dzieci na salę sejmową, momentami przypominającą oko cyklonu, popełnili straszliwy błąd i grzech. Wyrządzili im trudną do określenia, ale rzeczywistą, krzywdę. To przede wszystkim rodzice tych dzieci, którzy zgodzili się na ich udział w tym ryzykownym przedsięwzięciu, ale wyobraźni zabrakło najwyraźniej także administracji parlamentu.

Tylko w rodzinie patologicznej przy dzieciach mówi się o wszystkim. Miłość nakazuje niektóre kwestie uczynić tajemnicą, przed którą chroni się najmłodszych, by nie odbierać im niewinności, nie naruszać pewnego tabu i nie brutalizować ich świata. Czy dzieci powinny słuchać, że program refundacji in vitro powstał bez przyjęcia przez sejm ustawy bioetycznej, czyli że obchodzi się prawo w miejscu stanowienia prawa? Czy powinny słuchać pytań o liczbę zarodków, które są mrożone obecnie (sam fakt mrożenia istoty ludzkiej jest traumatyczny!), o procedury postępowania w wypadku ciąż mnogich w wyniku in vitro (nieznany jest los zarodków określanych jako nadliczbowe) i wielu innych pytań, które i tak pozostały bez odpowiedzi, ponieważ minister je zignorował? Czy powinny słuchać o dawcach spermy, o matkach surogatkach itp.? Myślę, że wycieczka do parlamentu w trakcie tak ważnej i trudnej debaty może być zapamiętana przez nie raczej jako trauma. Nie można uczyć trudnej sztuki dyskursu, argumentacji, poczucia wartości, a nawet zwykłego zrozumienia, gdy dorośli na oczach dzieci najwyraźniej nie panują nad emocjami, gdy używają szokującej dosłowności, kiedy obrażają się nawzajem, jakby nigdy nie opuścili piaskownicy i utknęli na zawsze w swoim, być może trudnym, dzieciństwie. Ale też nie można cynicznie zamykać ust dorosłym, przyprowadzając dzieci na miejsce kłótni i słownych egzekucji. Marszałek prowadzący obrady powinien poprosić dzieci o opuszczenie sali i nie dopuścić do skandalu. Najwyraźniej jemu też zabrakło wyobraźni.

Niestety, zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy in vitro posługują się językiem wygodnym dla siebie i nieadekwatnym dla adwersarza. Powoływanie się przez przeciwników metody na Dekalog jest argumentem nie do przyjęcia np. dla ateistów, którzy nawet kwestionują pojęcie prawa naturalnego. Z kolei zwolennicy metody wbrew faktom zręcznie wmawiają opinii publicznej, że spór ma wyłącznie charakter światopoglądowy. Magdalena Środa, jedna z najgłośniejszych piewczyń tzw. neutralności światopoglądowej, bałamutnie przekonuje, że polityk wierzący może sprawować władzę, o ile za podstawę swoich działań nie przyjmuje osobistych przekonań religijnych. Plan jest zuchwały: rezygnacja z tożsamości to warunek, jaki muszą spełniać chrześcijanie, by cokolwiek znaczyć w tym świecie. Dziwne, że takie wymagania kierowane są wyłącznie w stronę chrześcijan, wszyscy pozostali mogą zachować swoje przekonania niezależnie, jakie one są! Apostazja ma być dla chrześcijan furtką do kariery. Każdy sprzeciw, każdy głos odrębny (votum separatum) zostanie zinterpretowany jako „mowa nienawiści”. Nie wolno więc krytykować: gejów, feministek, liberałów, masonów, Żydów, ideologów gender, euroentuzjastów, mainstreamowych mediów, zwolenników wprowadzenia EURO w Polsce itd. Chrześcijanie mają milczeć i bezkrytycznie przyjmować wszystkie, nawet najbardziej absurdalne i sprzeczne z naturą pomysły, które lęgną się w głowach pogan. W takim razie proponuję, by gwoli sprawiedliwości wszyscy, którzy nie są prawowiernymi katolikami żyjącymi wedle wskazań Kościoła, także wyrzekli się swojej tożsamości. Zatem ateiści niechaj wyrzekną się swojego ateizmu, agnostycy niech uznają poznawalność obiektywnej prawdy, liberałowie niech odrzucą absurdalną koncepcję wolności, wedle której wolno wszystko itp. Dlaczego katolicy mają milczeć w czasie antenowym lub na częstotliwości łaskawie przyznanej przez urzędników państwa, którzy uważają, że religia powinna ograniczać się wyłącznie do kruchty? Nie będziemy milczeć! Będziemy podejmować dyskurs i uprawiać apologię naszej wiary i wynikającej z niej moralności. Jezus dał wiele przykładów takiej apologii!

Chrześcijanie mają mieć odwagę, bez kompleksów, a nawet z dumą, świadczyć o swojej wierze także w mediach, z których przeciętny obywatel czerpie wiedzę o świecie. Przecież już na płaszczyźnie języka możliwe jest kłamstwo i manipulacja. Oto przykład.

Jak zauważył Danny Burke, biblista z Boyce College, uczelni należącej do Seminarium Teologicznego Południowych Baptystów w Louisville w stanie Kentucky w USA, o nienarodzonym dziecku księcia Williama i księżnej Kate, będącym trzecim w kolejce do brytyjskiego tronu, w odróżnieniu od innych dzieci czekających na urodzenie, nie mówi się „płód”, a określa się go „królewskim dzieckiem”. Nawet takie tytuły medialne jak „New York Times”, „Washington Post”, „ABC News”, „CNN”, które na co dzień pilnują, by o dziecku nienarodzonym mówić „płód”, w przypadku książęcej pary odchodzą od tej reguły, mimo że dziecko Kate jest dopiero w 14 tygodniu życia. Jedyną różnicą między dzieckiem, o którym obecnie mówią media na całej planecie, a dzieckiem nienarodzonym z poczekalni kliniki aborcyjnej pozostaje fakt, że to pierwsze jest chciane, a to drugie nie. Dlatego to pierwsze otrzymuje status dziecka, drugie zaś jest zaledwie płodem, blastocystą czy zlepkiem komórek. „Widać jasno, że świat zgodził się nazywać nienarodzone dziecko Kate Middleton ‘dzieckiem’. Dlaczego mielibyśmy tego samego nie zrobić w stosunku do innych nienarodzonych dzieci? Czy to możliwe, że taki termin sugerowałby moralną potworność, której nie mamy ochoty stawiać czoła?” Oto orwellowska wizja świata równych i równiejszych inteligentnie preparowana na użytek postchrześcijańskiego świata.

Ks. Ryszard Winiarski